Wielu z nas zna to uczucie: siadamy na chwilę, z zamiarem sprawdzenia powiadomień, a po godzinie orientujemy się, że czas zniknął. Przewijamy posty, stories, komentarze, filmy. Wydaje się, że nic wielkiego się nie dzieje, a jednak jesteśmy wciągnięci. Zatraceni. Tracimy poczucie czasu. Czy to już flow?
Mihály Csíkszentmihályi, twórca koncepcji przepływu, pisze o stanie głębokiego zaangażowania, w którym działanie pochłania nas tak bardzo, że przestajemy być świadomi upływu czasu, otoczenia czy nawet własnego ciała. Wielu ludzi opisuje to jako głęboką satysfakcję: nie euforię, ale stan wewnętrznego spokoju i spełnienia.
Flow pojawia się wtedy, gdy istnieje równowaga między poziomem wyzwania a naszymi umiejętnościami. Działanie jest wystarczająco trudne, żeby nie nudziło, ale na tyle osiągalne, że nie przytłacza. Musi być celowe, angażujące i zazwyczaj twórcze. A jednak scrollowanie też spełnia niektóre z tych warunków.
Scrollowanie jako fałszywy przepływ?
Gdy przewijamy media społecznościowe, mózg doświadcza podobnych reakcji chemicznych jak w trakcie flow: uwalniają się dopamina i serotonina, wywoływane przez bodźce: nowy post, komentarz, lajk, zabawny filmik. Nasza uwaga jest stale stymulowana. Zmienność treści utrzymuje czujność i ciekawość, ale nie prowadzi do głębokiego zaangażowania. To, co przeżywamy, to raczej ciągła fragmentacja uwagi, przypominająca bardziej FOMO (fear of missing out) niż flow.
Po godzinie scrollowania możemy mieć poczucie, że czas przeciekł nam przez palce. Nie czujemy satysfakcji, tylko rozdrażnienie, zmęczenie, przebodźcowanie. Zamiast spełnienia: pustka. W przeciwieństwie do flow, które nas karmi i energetyzuje, scrollowanie nas drenuje. A jednak jest w tym pułapka: czas mija szybciej, co sprawia wrażenie, że przeżywamy coś intensywnego. W rzeczywistości doświadczamy płytkiej hipnozy cyfrowej: zaangażowania, które nie zostawia śladu.
Co się zmienia, kiedy zaczynamy tworzyć?
Odkąd zaczęłam regularnie publikować treści na LinkedIn, moje doświadczenie social mediów diametralnie się zmieniło. Z roli konsumentki treści przeszłam do roli twórczyni. I to zmieniło wszystko. Kiedy piszę post, nie tylko dzielę się przemyśleniami. Uruchamiam proces: tworzę strukturę, szukam słów, mierzę się z wątpliwościami, pytam siebie, co chcę powiedzieć i po co. Kiedy odpowiadam na komentarze, wchodzę w autentyczną wymianę. I choć czas płynie równie szybko jak przy scrollowaniu, moje wewnętrzne doświadczenie jest zupełnie inne. To właśnie tam zaczyna się prawdziwe flow.
Tworzenie jako droga do sensu
Flow jest blisko związane z poczuciem sensu. Działania, które wywołują ten stan, są zazwyczaj połączone z jakąś formą rozwoju: twórczego, intelektualnego, emocjonalnego. Pisanie, programowanie, malowanie, rozwiązywanie problemów, prowadzenie rozmów: wszędzie tam, gdzie jesteśmy w pełni zaangażowani i sprawczy. Tworzenie treści w sieci może być jednym z takich działań. Pod warunkiem, że nie robimy tego dla „algorytmu” czy „zasięgów”, ale dlatego, że naprawdę chcemy coś powiedzieć.
Media społecznościowe to nie problem. Problemem jest to, jak z nich korzystamy
Scrollowanie samo w sobie nie jest złe. Może być formą odpoczynku, inspiracji, poszerzania horyzontów. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestajemy zauważać, ile tego robimy i jak się po tym czujemy. Kiedy pasywna konsumpcja zastępuje aktywne życie. A przecież każdy z nas ma coś do powiedzenia. I nie chodzi o bycie influencerem. Chodzi o to, by zostawiać po sobie znaczące ślady, które wnoszą wartość, a nie tylko ślady kliknięć.
Jak odróżnić prawdziwe flow od fałszywego?
Kilka pytań, które sobie zadaję: czy po tej czynności czuję się bardziej żywa, zaangażowana, spokojna? Czy mam poczucie, że zrobiłam coś wartościowego dla siebie lub innych? Czy chcę wrócić do tego działania nie dlatego, że muszę, ale że naprawdę chcę? Czy czuję się mniej rozproszona niż wcześniej?
Jakie działania wciągają Cię tak, że zapominasz o czasie? Czy w mediach społecznościowych jesteś bardziej twórcą, czy odbiorcą? Co zmieniłoby się w Twoim życiu, gdybyś częściej tworzył, niż scrollował?
Więcej takich refleksji
Raz na dwa tygodnie wysyłam „Listy do trenerów”: jedna sytuacja z sali, jedna refleksja, jedno pytanie.